Nerwica, asperger, HSP, czy co?

Witam serdecznie na moim blogu. Podobno tworzenie sztuki ma charakter terapeutyczny, a pisanie na pewno w jakimś stopniu do sztuki się zalicza. Od poprzedniego wpisu minęło sporo czasu (znów). Kiedy nie było mnie tutaj, to byłam na uczelni, w kinie, w domu, u nowej terapeutki, a za tydzień prawdopodobnie wybiorę się do psychiatry. Napisałam też aż dwa kolokwia! Może ta eksklamacja wydaje się przesadzona, ale jednak jestem dumna i zadowolona z tego, że normalnie funkcjonuję. 

Nowa terapeutka poleciła mi się zapoznać z charakterystyką zespołu Aspergera - czy się z tym opisem utożsamiam, czy też nie. Stwierdziłam, że bardziej nie niż tak, chociaż faktycznie niektóre cechy się pokrywają. Wobec tego prawdopodobnie jestem po prostu osobą bardzo wrażliwą, chociaż szczerze powiedziawszy na jakieś subtelności zmysłowe na co dzień mam wylane (a często podaje się to jako część kryterium). Mam przez to na myśli, że gdzieś mam lekkie zapachy, tłumy itp. 

Jestem nerwowa i chyba tak sobie sypiam, ale myślę, że to przez to, że moje emocje uwydatnia PMS, bowiem dwa tygodnie po poprzednim okresie czułam się normalnie i sypiałam też dosyć w porządku. Ostatnio terapeutka dała mi do wypełnienia "dzienniczek snów", więc skrupulatnie się nim zajmuję. 

Myślę, że tak naprawdę najbardziej boli mnie to, że nie mieszkam z moim chłopakiem. Z różnych przyczyn. Trudno mi się z tym pogodzić, bo było to moje marzenie. Trudno mi sobie poradzić z mieszkaniem w pojedynkę w małym pokoiku. Przyznam, że w ostatni weekend rozważałam całkiem poważnie rzucenie studiów. Zaczęło się od tego, że w piątek czekając na pociąg na dworcu (wzięłam wcześniejszy - byłam chora i nie poszłam wtedy na uczelnię) pękłam. Rozryczałam się totalnie i pierwszy raz w swoim krótkim jeszcze życiu dopadły mnie myśli samobójcze. Było to dla mnie samej przerażające, bo nigdy nie jeszcze nie zeszłam aż tak głęboko na dno. Problemy ze snem, ciągły stres i przygnębienie, lęki a'la hipochondryczne... A wtedy do tego doszło dość trywialne przeziębienie, które jednak przelało czarę goryczy. Czułam, że cały mój świat to czerń i że nic już nigdy się nie zmieni, że zawsze już będę cierpieć. Panicznie bałam się wrócić do Poznania i wyjątkowo zrobiłam to dopiero wczoraj (ale jakim kosztem).

Mam nadzieję, że to tylko epizod w moim życiu, który pozwoli mi kiedyś być kimś lepszym, że jakieś doświadczenie, czy coś, sratatata. Poczułam ostateczny impuls, żeby iść do psychiatry, bo wcześniej mimo sugestii terapeutki nie chciałam. 

Trochę przeraża mnie to, w jakim jestem stanie. Moją mamę chyba też, bo próbowała nawracać mnie na wiarę w Boga i nawet dała mi jakąś broszurkę. Z drugiej strony - czemu się dziwić? To największa zmiana w moim życiu jak do tej pory, wszystko jest inne. Kiedyś może będę miała wnuki i będe im opowiadać historię swojego życia - "A opowiedzieć ci jak w 2019 roku babcia miała myśli samobójcze?". Pocieszam się, że mam wokół siebie rodzinę, noooo nazwijmy to przyjaciół, chłopaka... Mam nadzieję, że będzie lepiej. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Drugi wpis.

Diagnoza: Nerwica